Monday, November 2, 2026

Listopadowo

Przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. W nocy z 31.10 na 1.11 spaliśmy pierwszy raz w nowym mieszkaniu „na poważnie”. To znaczy przenieśliśmy łóżka i większość mebli. Sobota i niedziela zeszły nam na przenoszeniu jedzenia oraz różnych potrzebnych rzeczy, na przykład wyposażenia łazienki, ze starego mieszkania do nowego.

Mąż skręcał szafę przesuwną. Nadal czekamy na półki i resztę wyposażenia, żeby poprzenosić oraz poukładać ubrania.

Jak na razie wniosek jest taki, że, nie licząc ubrań, wystarcza nam około 30% posiadanych rzeczy. A w starym mieszkaniu nadal stoi kilka szaf wypełnionych po brzegi, w tym połowa szafek kuchennych.

Zdecydowanie lepiej żyje mi się bez nadmiaru. Wybieramy więc to, co chcemy zatrzymać, a reszta przejdzie bezlitosną selekcję. Rzecz jasna najtrudniejsze są sprawy sentymentalne i artystyczna twórczość dzieci.

Traktuję tę przeprowadzkę jako szansę na poprawę naszych nawyków, zwłaszcza jeśli chodzi o porządek, ale także o ograniczenie nadmiaru oraz, z mojej strony, większą uważność na to, co dzieci robią w szkole.

W piątek mieliśmy zamknięte przedszkole. Chciałam spędzić dzień tylko z synkiem, ale zaprosił kolegę. W takim razie poszliśmy we trójkę do kina. Halloweenowo, ale spokojnie, na „Ducha Labbana”. Nie chciałam robić im sieczki z mózgu jakimiś szalonymi animacjami. Pierwszy raz w życiu zasnęłam w kinie.

Później poszliśmy na piękny jesienny spacer, do muzeum pooglądać renesansową włoską twórczość malarek, a następnie do dobrej włoskiej knajpki. Tam włoski kelner pomylił zamówienia, a my dostaliśmy gratisowe tiramisu. Kolega mojego syna nie posiadał się z radości.

(Mój syn jest starszy od kolegi o zaledwie kilka dni, ale tym razem to nie moje dziecko jest wyjątkowo małe. To kolega wygląda na dwa lata starszego od rówieśników).





koneserzy sztuki. :)





Właśnie a propos przypilnowania dzieci w szkole. Córka trzeci rok z rzędu jest „pod kreską”, jeżeli chodzi o kompetencje z angielskiego. Nie dowiedziałam się, mimo usilnych prób, co ta kreska na 100 punktach oznacza. Czy jest to absolutne minimum, średnia czy poziom uznawany za zadowalająco dobry? Nie wiem.

Młoda ma od trzech lat prywatne zajęcia z angielskiego, umie przeczytać spory tekst i go zrozumieć, dobrze wymawia słowa. Nauczycielka domowa (native speaker ucząca dzieci w prywatnej szkole z programem IB) uważa, że J. radzi sobie dobrze.

Poprosiłam jej wychowawcę w szkole państwowej o tytuł podręcznika do angielskiego. On nie wie, ale ma się dowiedzieć od nauczycielki angielskiego. Dzieci dostają materiały w formie kserówek albo skanów na Teamsie, ale w weekendy iPady muszą zostawać w szkole. W sumie dobrze, ale bardzo trudno mi się z tym pracuje.

Poprosiliśmy też o plan, jak szkoła zamierza pomóc J. dojść do tej kreski. Wychowawca ma się dowiedzieć.

Na rozmowie dziecka z rodzicami zapytaliśmy J., jakie teksty z angielskiego dostaje. Powiedziała, że życzy sobie trudniejszych, bo są bardziej wymagające i ma szansę więcej się z nich nauczyć. Jak dla mnie super. Pozostaje nam pomóc jej nauczyć się pracować z tekstem, ze słownikiem, rozwijać rozumienie tekstu itd.

Nauczyciel patrzy na moją córkę i mówi:

„Może powinnaś obniżyć ambicje?”

Na to mój mąż proponuje:

„Może mogłaby dostawać oba teksty?”

I uwaga: najbogatszy kraj świata, pompujący o 55% więcej pieniędzy na ucznia w stosunku do średniej krajów OECD, nie ma środków na podwójne kserówki...

Tak że tak...

Przez pierwsze pięć klas nie miałam parcia na wyniki nauczania. Najbardziej zależało mi na tym, żeby dzieci po prostu dobrze się czuły w szkole i miały beztroskie dzieciństwo. Ale właśnie ten czas się skończył.

Jeżeli mają mieć szansę odnaleźć się także w polskiej szkole, choćby jako przygodzie, to właśnie nadszedł czas, żebym na poważnie zainteresowała się z nimi językiem polskim i angielskim. Mój mąż ogarnia z nimi matematykę, która zresztą wypadła najlepiej.

W sobotę mam umówioną rozmowę z polonistką z polskiej szkoły o tym, jak pomóc mojej córce wskoczyć z poziomu polskiego „hobbystycznego” na poziom „posługuje się płynnie w mowie i piśmie”, łącznie z pisaniem opowiadań, wypracowań, rozprawek itd.

Jednocześnie chciałabym, żeby całkowicie się nie zacięła, bo już kilka razy miała focha, że matka nagle zaczęła czegoś od niej wymagać.

No ale gramy dalej.

Dostała od naszej prywatnej anglistki lekturę po angielsku. Czyta się ją całkiem dobrze, chociaż trafiają się w niej słowa, których nawet ja nie znam, więc sprawdzamy je razem.

Z polskiego mamy na razie książeczki do czytania mniej więcej na poziomie dzieci z trzeciej klasy. Czyta, a my tłumaczymy i rozmawiamy o tekście, żebym miała pewność, że naprawdę go zrozumiała.

Geografia w szóstej klasie wygląda już trochę inaczej. Geneza i zastosowanie węgla kamiennego na Wyżynie Śląskiej trafiły ją jak obuchem w głowę. Po pół godzinie płaczu i godzinie wspólnej pracy dałyśmy jednak radę ogarnąć zarówno tekst, jak i pytania do niego.

Mamy braki do nadrobienia, ale w tym akurat to mam duzo doswiadczenia wiec bedzie dobrze.

A tutaj jeszcze dynie z zeszłego weekendu w Gdańsku. Bardzo mi się tam podobało!