Nadal nie umiem się przyzwyczaić do pisania w eter, bez konkretnej grupy odbiorców... ale liczę, że chociaż 3-4 ukochane vitalijki, które zastanawiają się czasami co u mnie, odczytają ten wpis.
W połowie sierpnia sprzedaliśmy mieszkanie. Odczuliśmy mocno na własnej skórze i portfelu ochłodzenie rynku mieszkaniowego w naszym mieście. W realiach polskich i pewnie wielu innych, duże mieszkanie sprzedane w 6 miesięcy to nie jest nic nadzwyczajnego. Tutaj jednak w czasach gorącego rynku małe mieszkania znikają w ciągu kilku dni, często przed oficjalnymi oględzinami organizowanymi standardowo w niedziele i poniedziałki przez agenta (tzw. visning). Duże natomiast w ciągu miesiąca - trzech.
Nie narzekam i w sumie to się cieszę, że je sprzedaliśmy, mimo że z dużą obniżką.
Nadal sprzedaliśmy drożej niż kupiliśmy i to jest w tym wszystkim najważniejsze - nasze koszty mieszkania przez ostatnie 3 lata wyniosły zero, nawet gdybyśmy mieli alternatywnie wynajmować duże mieszkanie w naszej okolicy. Kredyt jednak zamiast stopnieć, wzrósł i to już nie jest takie fajne.
To, co jednak jest fajne, to nowe mieszkanie z absolutnie fantastyczną podłogą i ogromem miejsca do budowania torów z drewnianych klocków.
Po raz kolejny jestem zadowolona z wnętrzarskich wyborów, jakich dokonaliśmy z moim mężem (on się zajmuje puzzlami 3D, ja fakturami, kolorami i podbijaniem jakości (i ceny) produktów, co jednak daje efekt wow).
Mieszkanie jest na 3. piętrze, co przekłada się na trochę więcej światła, ale też mniej widoku na zieleń i szkołę, co w zasadzie bardzo mi się w obecnym mieszkaniu podobało.
To, czego nie wiedzieliśmy kupując projekt nowego mieszkania, to że będziemy mieli pod oknami i, co gorsze, na trasie dzieci do szkoły parking i wewnętrzną ulicę. To mnie martwi i denerwuje bardziej niż ściana sąsiada w takiej odległości, że autentycznie widzimy, co będą mieli na obiad (widok na blat kuchenny).
Ogólnie - czeka nas przeprowadzka do końca, oddajemy klucze na początku listopada.
Mieszkanie jest nowe, w nadal lokalizacji premium, blisko szkoły, plaży i parku. Prawdopodobnie nie jest to nasze ostatnie mieszkanie, ale nie zakładam bardzo konkretnych ram czasowych.
Tutaj mieszkanie:
Poza tym kilka klipów z naszej rzeczywistości w wielkim skrócie:
Kwiaty od mojej szefowej po zakończonym seminarium prowadzonym przeze mnie. Bardzo, bardzo to miłe i niespodziewane. Na ten moment moje odczucia na temat mojej pracy na etacie są takie, że tak mogę pracować. Mam bardzo dużo elastyczności, zaufanie szefowej, jestem doceniana za praktycznie każdy drobiazg. Mam poczucie rozwoju, nieograniczone wręcz możliwości zagłębienia się w te tematy, które mnie interesują w naszej działalności, ogranicza mnie jedynie poziom mojej własnej energii i motywacji.
W takiej formie mogę pracować do emerytury.
Lubię prowadzić seminaria i prezentacje. Świetnie się to zgrywa z moją naturą sprintera i umiłowaniem egzaminów. (Naprawdę lubię i uważam, że z reguły na egzaminie wypadam lepiej, niż bym się tego spodziewała.)
Tak jem. Wróciłam na program Rapid Recovery. Przede mną jeszcze jedna runda i, mam nadzieję, już ostatnia próba osiągnięcia mojej wymarzonej wagi 55-57 kg, a przede wszystkim odzyskania / uzyskania życiowej formy i utrzymania jej do poznej osiemdziesiatki.
Dostałam zielone światło na jedzenie tofu i faktycznie odczuwam różnicę w poziomie sytości. To naprawdę wielka miska, a to zielone to świetne guacamole
Mam zamiar dążyć do niezależności finansowej i albo wcześniejszej emerytury na dobre, albo chociaż dłuższej przerwy, zanim dzieci dorosną.
Co to właściwie znaczy?
Wiem na pewno, że sama z siebie nie przejdę na minimalizm. Za bardzo ważne jest dla mnie poczucie wykorzystania potencjału i rozwoju. Zarówno mojego, jak i dzieciaków. Nie chcę też i nigdy nie chciałam odkładać życia na później, bo jednak nie ma gwarancji jutra.
I o ile LEAN FIRE byłoby pewnie w zasięgu naszej ręki już dzisiaj, wystarczyłoby zmienić lokum na mniejsze lub podobnej wielkości, ale w innej, mniej centralnej i wygodnej lokalizacji, o tyle opcja, która mnie najbardziej interesuje, to raczej FAT FIRE.
W grę wchodzi też ewentualnie lekkie dorabianie sobie na boku czymś, co mnie kręci, i bycie panią swojego losu, czyli BARISTA FIRE, ale to do przemyślenia, bo możliwe, że łatwiej i bardziej efektywnie byłoby popracować jeszcze przez kilka lat przed emeryturą, gdy dzieci i tak będą już zajęte swoim życiem.
W każdym razie plan na kolejne dwa-trzy lata to:
- dążenie do przetrwania kryzysu gospodarczego (o ile w tym czasie nadejdzie?) na etacie i w jak najlepszej kondycji finansowej,
- rozwój zawodowy męża,
- zorganizowanie dochodu pasywnego,
- minimalizacja zbędnych przedmiotów i bałaganu - dobrze nam idzie, ale do minimalizmu to jeszcze daleko.
- ograniczenie przynoszenia nowych przedmiotów do domu!





